czwartek, 17 sierpnia 2017

Ouessant: Bez klucza



Do samochodów na Wyspie mają prawo tylko miejscowi, nasz został na kontynencie i gdy przypływamy do portu Stiff zarezerwowane wcześniej rowery już na nas czekają. Do każdego wypożyczonego roweru transport bagaży na miejsce noclegowe gratis i choć wszystkie te maleńkie osady mają tu jakieś swoje nazwy, chłopak w porcie nie pyta nas, gdzie będziemy mieszkać, tylko u kogo. Ouessant liczy 800 stałych mieszkańców, wszyscy się znają, kartografia wyspy jest zapisem ludzkich historii, relacji, zależności. 
- To już wszystko, możecie jechać.
- A nie macie jakichś kłódek, żeby nam tych pięknych rowerów nie ukradli?
- Nie ma takiej potrzeby, na Wyspie nie ma złodziei.

Zamieszkaliśmy u Elen. Biały domek na wzgórzu z widokiem na drugi brzeg doliny, tuż za podstawówką w Lampaul, jak to dobrze, że rowery miały przerzutki. 
- To mój dom, zostawiam go pod waszą opieką. Tu jest łazienka, tu sypialnia, tu płyty z jazzem, tu wyspiarska literatura, zioła rosną tutaj, a tu jest garnek do gotowania krabów.
- A gdzie są klucze?
- Gdzieś tu powinny być... Jak chcecie, to oczywiście możecie zamykać dom, ale nie jest to konieczne, na Wyspie nie ma złodziei.

Na Ouessant nie rosną żadne drzewa i przez wieki jedyne drewno, jakie można tu było znaleźć pochodziło z roztrzaskanych o skały żaglowców. Ocean przynosił do kamienistych zatoczek fragmenty kadłubów, połamane maszty, niekiedy całe meble, wypchane ubraniami kufry i ciała topielców. Umarłych chowano na przybrzeżnych cmentarzach, a drewno wyciągano na brzeg i zostawiano do wyschnięcia. Znalazca kładł na swoim skarbie biały kamień i tyle wystarczało do oznaczenia własności respektowanej przez całą wyspiarską społeczność. Bowiem na Wyspie naprawdę nie ma złodziei. 

Jak to możliwe, Wyspo? Co takiego robisz z nami, żeśmy tu inni? Czyżby lepsi? Bliżsi innych, bliżsi siebie? Wyprani z brudu przez Ocean? Uwolnieni spod kłódek, zamków i kluczy? Z ufnością powierzeni Twojej opiece?

czwartek, 3 sierpnia 2017

Ouessant: Wyspa Kobiet




Na Ouessant porty są dwa: spoglądający w stronę kontynentu nad wodami zdradzieckiego Fromveuru Stiff i Lampaul, ukryty w głębokiej zatoce otwierającej się na Ocean. To tu chłopcy wsiadali do chybotliwych rybackich łódeczek, na pokład dumnych królewskich żaglowców i na olbrzymie jak wieloryby statki handlowej floty. Tych młodych zawsze było najwięcej. Głodny silnych ramion i twardych charakterów wyspiarzy Ocean zabierał matkom chłopców i rzadko kiedy oddawał mężczyzn. Wpatrując się w ginące za horyzontem maszty, przytrzymywały ręką wstążki białych czepców, wiatr podwiewał sięgające kolan wełniane spódnice. Taka właśnie jest odwieczna kolej rzeczy: mężczyźni należą do oceanu, a kobiety zostają w porcie. Ouessant od zawsze była wyspą kobiet. 

Ta kobieca społeczność, o mocnej strukturze i tradycji, scementowana koniecznością walki o przeżycie w obliczu żywiołów, przetrwała w niezmienionym kształcie prawie do lat '60, kiedy to dzięki regularnym połączeniom promowym z Le Conquet Wyspa znacznie przybliżyła się do kontynentu. Na Ouessant to kobieta była władczynią domu i rodziny, strażniczką wyspiarskiego języka i pieśni. Do niej należały owce, pastwiska, poletka gryki i pszenicy, skrzydła maleńkich wiatraków (każda rodzina miała swój!), kamienne domki. Podział tego skromnego majątku odbywał się wyłącznie w damskim gronie i to kobiety prosiły tu mężczyzn, nawet tych o wiele młodszych, o rękę, trzeba było się spieszyć, nim połknął ich Ocean. Na wyspie nie można było na nich liczyć, a przecież trzeba "coś jeść, gdzieś mieszkać, w coś się ubrać i rozpalić ogień", jak mówiono tu jeszcze nie tak dawno. Kobieta Ouessant nie miała innego wyjścia, musiała być silna i samowystarczalna. 

Mężczyzna był tu zawsze wielkim nieobecnym. Jeśli już czasem pojawiał się u drzwi jak zbłąkany wędrowiec, to tylko na ulotną chwilę, ciągle w drodze, jego dotyk jak morska fala. Nie miał żadnych obowiązków, ale też żadnych praw, nawet nie mógł wybrać sobie żony, która i tak nigdy nie nosiła jego nazwiska. Nie potrafił się niczym zająć na wyspie, uprawa roli i hodowla owiec to domena obecnych, o niczym nie decydował, nic do niego nie należało. Życie na wyspie doskonale toczyło się bez niego, czy w ogóle był komuś potrzebny? Odwieczny przechodzień, zawsze w ruchu, zostawiał po sobie jedynie tęsknotę brzmiącą w płaczu tulonych do piersi dzieci. I odległy posmak miłości, kryształki soli porzucone przez odpływ w zagłębieniach skał.

Dziś ostały się tylko dwa wiatraki, lecz żaden z nich już nie mieli ziarna. Kamienne domki wynajmują letnicy, zarastają cierniami leżące odłogiem pola. Historia ujarzmiania Wyspy przez kolejne pokolenia kobiet, zapisana kamiennymi murkami przecinającymi równinę, powoli staje się zupełnie nieczytelna. Jednak powiem wam w sekrecie, Siostry z Ouessant kroczące z podniesionymi głowami w procesjach Proelli*, że każdy centymetr tej bezdrzewnej wyspy wciąż przerośnięty jest waszymi korzeniami. 


*Celebrowana na Ouessant ceremonia pogrzebowa zaginionych na morzu. 

Inspiracje: Françoise Péron, Emmanuel Fournier, "Se confier à l'île", Locus Solus, 2015

piątek, 28 lipca 2017

Ouessant: Dom



Widziałam go z daleka, pod światło, upiorna sylwetka rysowała się na szczycie wzgórza, jak ruiny średniowiecznej fortecy. Ścieżka wśród wrzosowisk okazała się zbyt wąska, by kontynuować jazdę na rowerze i ten zachód słońca uciekł mi już jakiś czas temu, ale tajemnica samotnego domu nie pozwalała zawrócić, pragnienie by spojrzeć na Ouessant spod jego murów rosło z każdym krokiem. Wrzosowiska ustąpiły miejsca falującym dywanom miękkiej trawy, trawa nagim skałom i nagle ze zdumieniem zdałam sobie sprawę, że nigdy nie uda mi się tam dotrzeć! Przede mną otwierała się hucząca przepaść, na jej dnie czarne wody przypływu wirowały w skalnych zakamarkach. Niespodziewany podmuch wiatru i zdrowy rozsądek kazały się cofnąć o krok. Kamienny dom stał na wyspie, kilkaset metrów ode mnie, po drugiej stronie przerażenia.  

Po powrocie długo przyglądałam się mapie i satelitarnym zdjęciom: to musiała być wyspa Keller, na północ od Ouessant. Kilometr długości, 500 metrów szerokości, skała wystająca z oceanu na 40 metrów, płaska niczym stół. Żadnego portu, żadnej drogi, żadnego drzewa. Tylko jeden, jedyny dom. Podobno kiedyś mieszkali tam pasterze wypasający owce, a w połowie XIX w. wystawiono wyspę na sprzedaż. Kupiły ją dwie zamożne wdowy po admirałach z Ouessant, a aktualny właściciel wyspy jest dalekim potomkiem jednej z nich.

Nie ma tam ani słodkiej wody*, ani elektryczności, a światło, które widziałam z oddali, musiało być płomykiem naftowej lampy. Przed drzwiami domu stało kilka osób, także na pobliskiej skale poruszały się dwa cienie. Powiększam nieudolne zdjęcia i zastanawiam się, kim są, o czym rozmawiają, jaka historia układa się między nimi w tym miejscu zredukowanym do absolutnego minimum, wyobraźnia pisze kryminały, mroczne "huis-clos", psychologiczne thrillery.

Było już prawie zupełnie ciemno, gdy w końcu udało mi się odnaleźć zostawiony na wrzosowisku rower. Gdy wjechałam do wioski, smuga światła latarni Creach raz po raz wydzierała nocy fasady domów, świerszcze śpiewały znajomo, pachniało sianem i piekącym się waniliowym ciastem. Tak zupełnie niepostrzeżenie Ouessant objawiła mi się jako wyspa udomowiona i bezpieczna. Za każdym końcem świata zawsze jest jeszcze jakiś następny. 


* Rozwiązaniem tego problemu z pewnością jest deszczówka. Przypomina mi się tu rozmowa dwóch latarników mieszkających w pobliskiej latarni La Jument w filmie "Equipier":
- Skąd bierze się tu słodka woda?
- Z deszczu.
- A kiedy nie pada?
- Zawsze pada.

wtorek, 25 lipca 2017

Ouessant: Na krawędzi




Ouessant mierzy 8 km na 3. Tylko tyle i aż tyle, zatoki i półwyspy zazębiają się w rytmie fal, a nadbrzeżna ścieżka obiegająca prawie całą wyspę ma ponad 45 km. Rowerom wstęp wzbroniony, ścieżka jest szeroka jedynie na tyle, by od czasu do czasu w zadumie jedna stopa mogła zatrzymać się koło drugiej. Po prawej - świat oceanu, przerażający bezkresem, nieujarzmiony, pełen podwodnych skał prujących brzuchy statków, nieprzewidywalnych prądów i wirów, w nieustannym ruchu, niepewny i zmienny. Po lewej - łagodnie rozciągnięte po horyzont wrzosowiska, pastwiska z czarnymi kropkami owiec, skrzydła wiatraków. Gdzieniegdzie malutkie osady, po kilka niziutkich kamiennych domków kurczowo trzymających się ziemi, przestrzeń oswojona i pocięta na kwadraty liniami kamiennych murków. Nadbrzeżna ścieżka jest granicą tych światów i stąpając po niej można się poczuć jak strażnik na obchodzie obronnych murów cytadeli. Znaleźć się "poza", "pomiędzy", "na marginesie".  

To właśnie ta graniczna linia przyciąga najbardziej, ku niej kieruje się każdy spacer, każda rowerowa wyprawa. Na Ouessant drogi nie prowadzą do miasta, ku ludziom, lecz wszystkie zdają się pochylać w kierunku oceanu. Którejkolwiek byś nie wybrał, powiedzie Cię na ścieżkę na krawędzi. 


poniedziałek, 17 lipca 2017

Ouessant: Lustro




Od dłuższego czasu prawie każda podróż zabiera mnie na jakąś wyspę i tak naprawdę to zupełnie obojętne, czy to kipiąca ogniem Reunion, niebieska Martynika, czy któryś z bretońskich archipelagów. Bowiem wyspa to nie tylko miejsce na mapie, ale przede wszystkim szczególny stan ducha, bieg idei, wrażliwość serca. 

Dokładnie określona w swoich morskich granicach, "gestalt", forma wyodrębniona z całości, wyspa staje się soczewką, wszystko w sobie skupia, wszystko w sobie zawiera. Choćby nawet jakaś myśl wyrwała się w stronę stałego lądu, nie poszybuje dalej, niż wyrastająca ze skał Phare de la Jument, lotem mewy okrąży jedynie czerwoną latarnię, przysiądzie na chwilkę na barierce i wróci, gdyż na wyspie odbite od lustra oceanu wszystko do nas wraca. Doznania zdają się bardziej intensywne: światło jest cięższe, cisza bardziej gęsta, śpiew świerszczy czasem nieznośnie głośny. I nawet ludzie mają mocniejszy charakter. 

Tonąc w bezkresie fal, wzrok kieruje się do wewnątrz i próbuje uchwycić się detali. Cała przestrzeń ugina się pod tym nowym pragnieniem dostrzegania. Na wyspie człowiek dziwi się wszystkiemu: fakturze skał, lśnieniu wyrzuconych na brzeg muszli, miękkości owczej sierści, wieczornym szeptom traw. Człowiek dziwi się na nowo i tak po prostu. I w tym nowym spojrzeniu jest miłość, bo tylko ten, kto kocha, potrafi patrzeć inaczej. 

niedziela, 16 lipca 2017

Ouessant: Wyspa




Prom z Le Conqeut płynie na Ouessant półtorej godziny i to wystarczająco dużo czasu, by słony wiatr zdmuchnął z naszych myśli jak ziarenka piasku wszystko to, co nie jest nam absolutnie niezbędne. Płyniemy na Zachód, jeszcze dalej, niż Zachód, poza najodważniej w morze rzucone przylądki, poza przerażający prąd Fromveur niosący wody przypływu do kanału La Manche, poza krańce Finisteru, poza krańce Ziemi. Ocean dziś gładki jak błękitny obrus, lecz przypięta nad okrętowym bufetem mapa wraków przypomina, że to nie byle jaka przeprawa i że nie bez powodu na Wyspie prawie nie ma rybaków. 

Gdy zejdziemy ze statku i na rowerze wdrapiemy się na szczyty klifów, Wyspa objawi się nam jako patchwork światła i kolorów, pajęczyna zielonych dróżek i kamiennych murków, mikrokosmos obrysowany drżącą linią niepewnego brzegu. Jednak teraz, w pół drogi między kontynentem i czarnymi ostrzami skał, Ouessant jest wciąż jeszcze zamkniętą w sobie kropką na mapie. Niematerialnym punktem dążącym do jakiejś obiecanej nam nieskończoności. 

piątek, 24 marca 2017

Paryż: Nasza Pani Księżycowa




Wiosenna noc, można wyjąć ręce z kieszeni, miasto w księżycowej poświacie jest ciepłe i jedwabiste. Przed Notre Dame wciąż sporo turystów, kontemplują harmonię perfekcyjnie ociosanych kamieni, kolorowych szkiełek rozety, znieruchomiałego pod rzeźbiarskim dłutem korowodu świętych, królów i proroków. 

Jak szeroko trzeba otworzyć uszy, by usłyszeć skamieniały gregoriański chorał? Jak szeroko trzeba otworzyć oczy, by dostrzec okruch doskonałości zdolny odbić kilka promieni Światła, dokładnie tyle, byśmy spojrzeli w niebo, by ugięły się nasze kolana?

W noc czarną i pustą niech świeci nam paryska Notre Dame, niech lśnią królewskim blaskiem jej niezliczone Siostry. Księżyce na naszą ziemską miarę, przeczucie istnienia wiekuistego Słońca. Wykuta w kamieniu nadzieja porannej zorzy. 

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz. 


sobota, 18 marca 2017

Saint-Denis: Wspomnienie z przyszłości




Paryska "Trzynastka" jest linią czarnoskórych kobiet dźwigających wypchane reklamówki, wojowniczych młokosów słuchających rapu z głośników telefonu, żebraków, którym już nawet nie chce się na niczym grać, smukłych mężczyzn w atłasowych tunikach i szpiczastych arabskich pantoflach, zamyślonych dziewczyn o wyprostowanych do bólu włosach, gładko zaczesanych do tyłu. Wsiadają do wagoników metra by znów wyruszyć w podróż między Stolicą Świata i brudnymi przedmieściami Saint-Denis, z rezygnacją znoszą ścisk, smród, zgrzytanie kół i kolejny problem techniczny, przepraszamy za opóźnienie i dziękujemy za cierpliwość. "Trzynastka" jest linią tego całego kolorowego tłumu, który pomimo francuskiego paszportu w kieszeni wciąż nie potrafi się tu poczuć "u siebie", jest linią goryczy, rozczarowań, złości, linią wysokiego napięcia. 

Na peronach zamontowano przeszklone bramki, które otwierają się dopiero wtedy, gdy pociąg zatrzymuje się na stacji. Podobno to z powodu tłoku i licznych wypadków, by nie powiedzieć samobójstw, jednak gdy w końcu udaje mi się wepchnąć do wagonu i zasuwają się za mną automatyczne drzwi, czuję się jakbym właśnie wkroczyła na teren objęty ścisłą kwarantanną mającą ocalić świat przed jakąś zupełnie nieokreśloną, ale z pewnością niezwykle zaraźliwą chorobą, która od dłuższego czasu toczy paryskie przedmieścia. 

A przecież w kwestiach duchowych to Paryż zawsze był przedmieściami Saint-Denis! To tu w myślach genialnego opata Sugera z teologii światła lasem kolumn wyrósł gotyk, splótł nad głowami niedowiarków gałęzie krzyżowych sklepień, rozpalił słońca rozet, rozłożył przypory do lotu. W niebo wzbiły się dwie wieże - ta wyższa, północna miała 90 m. i przewyższała paryską Notre Dame. W transepcie tutejszej bazyliki pogrzebano prawie wszystkich królów Francji, ukoronowano tu prawie wszystkie królowe, wznoszono modły do Świętego Dionizego o zwycięskie bitwy przed wyruszeniem na prawie każdą wojnę. 

A później protestanci zrabowali królewskie grobowce, rewolucjoniści zsypali kości znienawidzonych monarchów do zbiorowej mogiły i potłukli nagrobki. W północną wieżę najpierw uderzył piorun, a później tornado, pajęczyna pęknięć rozrastała się na murach. W 1847 r. Viollet-le-Duc zdecydował, że wieżę trzeba rozebrać, bo jeśli runie, to prosto na nawę kościoła, więc zdemontowali ją kamień po kamieniu, starannie numerując każdy blok. Leżą do dziś w pobliskim ogrodzie i zarastają mchem. 

Podróż "Trzynastką" zdaje się nie mieć końca i im bliżej do przystanku "Basilique de Saint-Denis", tym mniej w pociągu pasażerów o białej skórze, jeszcze mniej samotnie podróżujących kobiet, bądźmy szczerzy, jestem jedyną blondynką i wcale nie czuję się z tym komfortowo, kleją się spojrzenia, niekoniecznie przyjemne. Stacja metra wciąż w remoncie, nie działają ruchome schody, ale już widać światło dnia, jeszcze tylko kilka kroków i w końcu stajemy twarzą w twarz. Głowa sama chyli się w pokłonie. 

Radosna jak Panna Młoda, w zupełnie nowej sukni za 5 mln euro, bazylika Sugera złoci się w zachodzącym słońcu. Prace trwały 3 lata, udało się zdrapać wszystkie warstwy białego - a z czasem całkowicie poczerniałego - tynku, którym, nie wiedzieć czemu, Viollet-le-Duc pokrył całą zachodnią fasadę. 




Teraz kolej na odmładzanie witraży w prezbiterium, reparację neogotyckich boazerii, umacnianie południowej rozety... i na odbudowę północnej wieży. Nikt nie potrafi oszacować kosztów - od średniowiecza niewiele się w tej kwestii zmieniło - jedni mówią o 15, inni o 50 milionach euro, jednak wszyscy są zgodni co do tego, że potrzeba będzie co najmniej 10 lat, by północna iglica znów wbiła się w chmury. Brzmi niewiarygodnie, inwestowanie w budowle sakralne nie bardzo tu dziś w modzie, sprawdzałam kilka razy, czy to nie plotki, ale skoro 11 marca sam François Hollande położył w Saint-Denis pierwszy kamień nowej wieży, trudno się będzie teraz z tego projektu wycofać. Dziennikarze robią zdjęcia prezydentowi ze szpachelką, są żarciki, uśmiechy, napuszone przemówienia, idylliczne wizje, republikański koncert życzeń. Wieża ma zostać odbudowana przy użyciu średniowiecznych technik, w prace zaangażuje się miejscowa populacja, budowa będzie otwarta dla zwiedzających, którzy zakupem biletów w całości (!!!) sfinansują prace. Będzie to doskonała okazja do wykreowania pozytywnego wizerunku Saint-Denis, znajdzie się zatrudnienie dla miejscowych pochłaniaczy zapomóg socjalnych, a wieża stanie się symbolem narodowej jedności i integracji. O tak, "integracja" to modne słowo, a przecież wybory prezydenckie już 23 kwietnia! 

Nie uda mi się dziś wejść do środka, wciąż jeszcze sezon zimowy, zamykają o 17:30, wszystkiemu winna pechowa "Trzynastka", przepraszamy za opóźnienie i dziękujemy za cierpliwość. Nie ośmielę się wracać metrem, ulica Republiki zaprowadzi mnie na dworzec podmiejskiej kolejki. Z którego kontynentu pochodzi ta ulica, nie wiem, nigdy na nim nie byłam. Stojący w każdej bramie czarnoskórzy mężczyźni przywodzą na myśl zaułki martynikańskiego Fort de France, głośno gra muzyka, lecz zupełnie nie rozumiem słów piosenki, nie potrafię odgadnąć co sprzedają tutejsi rzeźnicy. Pachnie dymem, młodzi chłopcy, w zasadzie to to przecież jeszcze dzieci, w sklepowych wózkach na środku ulicy pieką nad żarzącym się węglem szaszłyki i sprzedają je przechodniom, ale chyba wolę nie wiedzieć, z czego są zrobione. Manewrując między rozłożonymi bezpośrednio na bruku prześcieradłami, służącymi za zaimprowizowane stragany z okularami słonecznymi, pozłacanymi zegarkami i zagadkowymi owocami, przypominam sobie przestrogę Chłopca na Rowerze: "Uważaj na siebie i na aparat". Więcej zdjęć już dziś nie będzie, chowam dobytek do plecaka i przyspieszam kroku. 

I gdy ostatni raz odwracam się za siebie, by ponad falującym tłumem spojrzeć w słoneczną twarz Bazyliki, przez moment mam wrażenie, że północna wieża wciąż tam jest. Przedziwne déjà vu, wspomnienie z przyszłości.



sobota, 31 grudnia 2016

Erfurt: Deszcz




Rok 2016 był rokiem deszczu i wszystkie najważniejsze wspomnienia oglądam dziś jak przez turlające się po szybie krople. Padało w Dreźnie, gdy zatrzymaliśmy się tam jadąc do Polski na Boże Narodzenie, padało w Erfurcie w drodze powrotnej. Późnym wieczorem na opustoszałym Domplatz złote wieże Katedry i sąsiedniego kościoła Św. Sewera odbijały się w mokrym bruku i można było dotknąć ich wierzchołków zanurzonych w kałużach.

Bretońskie mżawki, tropikalne ulewy, burze z tęczami i bez, miarowy stukot kropel przez cały czerwiec, górskie potoki, błoto i perliste wodospady. Niech już odpłynie ten 2016, niech już przyjdzie Nowy. 

Drodzy, Najdrożsi Czytelnicy, dziękuję Wam z całego serca, że towarzyszyliście mi tutaj w tym roku. Za wierne odwiedziny i wyrozumiałość dla moich licznych i niekiedy przedłużających się poza granice rozsądku nieobecności. Za ciepłe słowa i dialogi w tej i w innych czasoprzestrzeniach. Życzę Wam - i sobie również - by w Nowym Roku nie zniechęciły nas deszcze i by nie pożarły nas czyhające zewsząd smoki: Obojętność, Małostkowość, Przygnębienie, Niecierpliwość, i ten najstraszniejszy, najbardziej podstępny, któremu na imię Przyzwyczajenie. Choćby z paszczy wystawała nam już tylko sama głowa, byśmy mieli dość sił, by z niej uciec, jak ten człowieczek z kołatki w północnym portalu Katedry w Erfurcie. Żebyśmy potrafili sobie przypomnieć, że zawsze można się schronić za czerwonymi drzwiami. 


Erfurt, kołatka na północnych drzwiach Katedry.

piątek, 2 grudnia 2016

Martynika: Dar Boga





Zielona: "W Bogu pokładam nadzieję".

Cyklony zabierające kilka nic nie wartych przedmiotów, które z takim trudem udało się zgromadzić. Trzęsienia ziemi otwierające przepaście, budzące nieposkromione morskie fale. Ulewne deszcze niosące błotne powodzie. Drogi, co nie zawsze przejezdne, nagle urywające się w dżungli pod ciężarem osuwających się zboczy. Dwie czerwone ranki po ukąszeniu węża na łydce robotnika ścinającego łodygi cukrowej trzciny, zapowiedź długiej nieuniknionej agonii. Wulkan, co sto lat temu w kilka sekund zgładził całe 30 tysięczne miasto i który, to pewne, znów kiedyś zagrzmi. 

Każde wieczorne lokalne "Wiadomości" czarnoskóra prezenterka kończy tym samym zdaniem: "Niech Bóg ma w opiece Martynikę". 




Czerwono-zielona: "Bóg wszystko objawia". 

Drżenie skrzydeł kolibrów nad kwiatem flamboyant. Turkusowe płycizny perłowego piasku pełne ryb mieniących się wszystkimi kolorami tęczy. Słodycz dojrzałych bananów, świeżość pestek marakui, subtelność pomme cannelle. Muzyka pulsująca we krwi. Półcień palmowych liści, łagodna pieszczota fal. 

Tyle objawionych cudów, jak posmak utraconego, jak przedsmak obiecanego.




Pomarańczowa: "Dar Boga". 

Jest tu dla ciebie, więc zrośnij się z Wyspą całym ciałem. Zanurz się bez reszty w Karaibskim Morzu, poczuj jak pali stopy rozgrzany w słońcu wulkaniczny piasek, pozwól, by obmył cię tropikalny deszcz, będzie wodami Jordanu. Naucz się wdzięczności, nie przestawaj dziękować.

Wypływają w morze kruche łódeczki, a każda z nich jak modlitwa.